I co z tymi tropikami?!
W ostatnim tygodniu przed moim i nie tylko moim wyjazdem z niezbyt, jak się okazało, tropikalnego kraju na T. Ze względu na brak wspomnianej tropikalności wraz z niedostatkiem promieni słonecznych. Biorąc również pod uwagę przytłaczającą ilość nie odśnieżonych chodników jak i niedostępność nieprzemakalnego obuwia, skłanialiśmy się ku jednej konkluzji – byle do ciepła! Po niedługich przemyśleniach padło na Cypr. Prześwietlony wikipedią, +10 stopni, wpis na blogu z zamieszczonym dokładnym planem tygodniowej wycieczki ogarniętej prawie co do godziny...kto by pomyślał, że 6 z 7 dni deszczowych przypadających na rok cypryjski wypadnie akurat podczas naszego urlopu...
W ostatnim tygodniu przed moim i nie tylko moim wyjazdem z niezbyt, jak się okazało, tropikalnego kraju na T. Ze względu na brak wspomnianej tropikalności wraz z niedostatkiem promieni słonecznych. Biorąc również pod uwagę przytłaczającą ilość nie odśnieżonych chodników jak i niedostępność nieprzemakalnego obuwia, skłanialiśmy się ku jednej konkluzji – byle do ciepła! Po niedługich przemyśleniach padło na Cypr. Prześwietlony wikipedią, +10 stopni, wpis na blogu z zamieszczonym dokładnym planem tygodniowej wycieczki ogarniętej prawie co do godziny...kto by pomyślał, że 6 z 7 dni deszczowych przypadających na rok cypryjski wypadnie akurat podczas naszego urlopu...
Zatem, dzień przed wyjazdem: Plan B. Południe. Ciepło, a przy odrobinie szczęścia i zmysłu planowania połączonego z częstym monitorowaniem weather forecast da się uciec od deszczu. W planie mieliśmy Mersin – Alanya – Antalya – Fethiye – Bodrum. Tylko po co jechać do Mersinu, skoro początkowo była to destynacja podporządkowana promowi na Cypr, a na żaden Cypr nie jedziemy? Plan C zakładał więc, że jedziemy przez Konye, spędzamy tam noc, a później od razu do Antalyi, nie zahaczając bezsensownie o Mersin. Przed snem wysłaliśmy więc kilka próśb o dach nad głową w Konyi i nadzwyczaj spokojni udaliśmy się na spoczynek.
Każdy autostopowicz wie, że jeśli planuje przejechać w środku zimy 550 km, tak, by zdążyć pozwiedzać pierwszą destynację przed zmrokiem, musi zmusić się do wstania we wczesnych godzinach porannych, by we wczesnych godzinach przedpołudniowych znaleźć się na wylotówce miasta z którego ‘ucieka’. Czasami jednak budziki dzwonią zbyt wcześnie... Na szczęście producenci telefonów ową ewentualność przewidzieli, umieszczając w każdym modelu funkcję ‘drzemka’.
Dojechanie do miejsca, z którego najłatwiej jest złapać stopa teoretycznie nie powinno sprawiać problemów. I pewnie tak by było, gdyby którykolwiek z kierowców pojazdów komunikacji miejskiej respektował coś takiego, jak rozkład. W zasadzie samo istnienie „rozkładu jazdy autobusów” w mieście Ankara powinno wydać nam się wystarczająco podejrzane, by na tym nie polegać... Zatem jest przystanek, jest numer pożądanego autobusu, są pasażerowie z niecierpliwością owego autobusu oczekujący, ale owego brak! I nikt, oprócz dwóch wszędzie spóźnionych Polaków nie wydaje się być tym faktem poirytowany. I tak właśnie jedyny zaplanowany aspekt wycieczki nie przebiegał zgodnie z planem. Tracąc cierpliwość postanowiliśmy poszukać przystankowej opcji B. Uwaga nr 1. „Im szybciej oddalisz się od przystanku, aby szukać alternatywnego autobusu, tym szybciej autobus na który czekałeś pojawi się na absolutnie nie przewidzianym przez Ciebie ani resztę ludności oczekującej stanowisku. Z odrobiną szczęścia zauważysz to rychło w czas i z wywieszonym językiem będziesz go gonił, taranując po drodze wózki z simitami jak i zabłąkane na chodniku tureckie dzieci.”. Zatem wyruszamy linią 115 w kierunku Konya Yolu.
Dotarłszy tam postanowiliśmy pozbyć się zbędnego balastu co równało się z obróceniem warzywnego ‘kebaba’ ważącego około 2 kilogramów. Wtedy też skompletowaliśmy brakujący element w naszym ekwipunku, przydatny w każdej podróży – komplet noży. Kosztowało nas to 2,10 TL, wraz z ayranem do kebaba. W międzyczasie również skrzętnie przygotowaliśmy kartkę ‘MERSIN AKSARAY’. Od początku ustaliliśmy, że nie będziemy zatrzymywać ciężarówek, ponieważ takowe zazwyczaj wloką się jak żółwie wioząc górę kamieni, a czekała nas długa droga. Więc czekamy, stoimy, marzniemy...nawet nikt z kamieniami nie być zainteresowany dwójką oplecakowanych Yabanci machających z pobocza. Jak to już bywało w ostatnich dniach: nastąpiła zmiana planu. Odwróciliśmy kartkę i napisaliśmy na niej ‘KONYA’. Nie mieliśmy tam co prawda zagwarantowanego noclegu, „ale co tam. Przygoda!”. Niedługo trzeba było czekać, aż zatrzymała się...ciężarówka, aczkolwiek tym razem bez kamieni, w zasadzie bez paki w ogóle. Oszacowaliśmy więc iż prawdopodobieństwo jazdy z całkiem normalną prędkością jest dość duże. Gdzie jedziecie? – pytamy. Adana! Więc na drodze do Mersinu! I znów nagły powrót do planu C.
Kolejna wzmianka o tym, co przydaje się w podróży oprócz zestawu noży do obierania owoców. Mianowicie – facet. Najlepiej taki, który uratuje kobietę od rozmowy w języku, którego kobieta nie rozumie, a i usiądzie obok innych mężczyzn i zwiększy ich dystans od kobiety, która niekoniecznie pała do owych Panów upragnioną przez nich przyjaźnią.