poniedziałek, 21 maja 2012

...bo turecka gościnność (prawie) nie ma granic






Nasz wybawca tego dnia miał wieczorne spotkanie, za czym szło, że musieliśmy zorganizować sobie czas do jego powrotu. Była to cudowna okazja do wieczornego spaceru po Alanyi. Wcześniej zapolowaliśmy na śmiesznie tani kebab za 2,5 liry z herbatą gratis. Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy jest duża ilość Niemców na ulicach. Ponoć ich i Rosjan jest w tych okolicach najwięcej. Mają tu swoje zimowe/letnie domki. W większości miejsc również nie ma problemów z porozumiewaniem się po angielsku. Nareszcie!
Nasz host mieszkał w miejscowości Tosmur, kilka kilometrów od Alanyi. Swój apartament miał w budynku położonym 3 minuty spacerem od plaży, a na placu przed domem były dwa baseny, dla tych, dla których morze jest zbyt daleko. Owszem, brzmi jak raj, ale i tutaj nie ma nigdzie ogrzewania centralnego a i wszyscy niezmiennie żyją w niepewności, czy po pochmurnym dniu będą mogli wieczorem wziąć chociaż letni prysznic...

Oczywiście w planie było wczesne wstanie, szybkie śniadanie i co najwyżej dwie godziny zwiedzania. Poranek jak zwyle się opóźnił, mając wpływ na całą resztę. W rezultacie opuściliśmy dom naszego hosta po wystawnym śniadaniu przez niego przygotowanym, około 11. Byliśmy zdeterminowani, żeby zobaczyć Alanya Kalesi, więc po krótkiej wymianie opinii na temat wchodzenia 5 km pod morderczą górę, znaleźliśmy shuttle bus do zamku, za który w pierwszą stronę udało nam się nawet nie płacić :D
Wjechać było warto, gdyż z zamku rozpościera się widok na całe miasto, z zapierajacym dech w piersiach wybrzeżem.
Czekając na autobus powrotny, wpadliśmy na małą herbatkę do najbliższej restauracji.
Uwaga do zapamiętania: w Turcji jesteś obcokrajowcem (obviously) i nie jesteś w stanie tego ukryć. I mimo, że Turcy są narodem gościnnym, to czasam chcą na Tobie zarobić. Polecam więc nie kupować kota w worku i w miarę możliwości sprawdzać ceny na ‘papierze’. Jeśli dostaniesz Menu Specjalne dla yabanci, Twój pech, a i oklaski dla zarządzających restauracją za pomysłowość. W większości przypadków jednak MENU wcale możesz nie ujrzeć, gdyż ‘miły’ kelner poinformuje Cię słownie, ile jesteś winien. Jeśli jednak zechce Ci się sprawdzić cenę w menu, może zdziwić Cię fakt, że według karty powinieneś oszczędzić 50%. No cóż, prawo dżungli nr 1: „Nieogarnięci yabanci płacą więcej”.
Łapanie stopa nad Morzem Śródziemnym to czyta przyjemność. Nie trzeba przedzierać się przez kilkumilionowe miasta w poszukiwaniu wylotówek. Można za to spacerować nad plażą, wystawiając co rusz kartkę destynacyjną. Główna droga bowiem biegnie prawie nad morzem.
Nareszcie istaniała szansa na to, że w końcu będziemy nocować u hosta, którego podczas tygodniowego tripu przekładaliśmy co najmniej z 3 razy.
Gdy dotarliśmy do Antalyi zaczęliśmy oczywiście od zjedzenia pokaźnej porcji kebaba. Później korzystając z przyjemnej dość temperatury pospacerowaliśmy po ‘rynku’, co rusz mijając jakichś biegaczy z mapami i latarkami na głowach. Podkreślam biegaczy, nie biegaczki, bo nawet w Turcji wiedzą, że kobiety z map korzystać nie umieją. Dlatego też podróżuję z facetem, będącym równocześnie fascynatem topografii, który zawsze dotrze do poszukiwanego miejsca, gubiąc nas przy tym z częstotliwością około 0,1 raza na dzień. Do naszych hostów dotarliśmy bez problemów :-)
Cały próg mieszkania, do którego weszliśmy usiany był butami. Co dziwniejsze, mieszkali tam jedynie panowie...zastanawiające, ile torebek trzymają ukrytych w szafkach ;-)
Przywitało nas 3 młodych mężczyzn – Murat, Benjamin i Fatih. Zostaliśmy z Chrisem  poczęstowani od wejścia deserami mlecznymi i przedstawieniu pokojowi, w którym mielismy się zatrzymać. Ponoć był to pokój Fatih’iego...nie wnikaliśmy jednak, gdzie przez te dwie noce miał spać Fatih. W mig zdaliśmy sobie sprawę, że nieświadomie trafiliśmy do 100% studenckiego mieszkania. Dostaliśmy klucze i zostaliśmy powiadomieni, że jutro nikogo nie ma...i że możemy zostać miesiąc :-)

czwartek, 17 maja 2012

Pamiętaj, tylko nie kamienie!




Czas spędzony w Kizkalesi dał nam nową energię na kontynuowanie podróży. Rano zjedliśmy ostatnie śniadanie z naszym hostem i ruszyliśmy do pracy – łapać stopa :-)
Mielismy ambitny plan dostania się do Alanyi, szybkiego zobaczenia najważniejszych miejsc i tego samego dnia dotarcie do Antalyi. Oddaliliśmy się więc nieco od cywilizacji stwarzając sobie lepsze warunki do hitch-hikingu i uruchomiliśmy proces wzbudzania w przejezdnych współczucia tudzież chęci pomocy – postawienie plecaków przed siebie, zdjęcie okularów i nakryć głowy, by wzbudzić zaufanie, szeroki uśmiech i machanie kartką z destynacją ;-) Po małej chwili zatrzymał się przy nas czerwony Getz, a w nim młody nauczyciel, niestety dla Chrisa znów nie mówiący po angielsku. Mieliśmy dojechać z nim do Silifke, czyli zaledwie 25 kilometrów, ale dowiózł nas do samego Tasucu, zatrzymując się również przy porcie, by zapytać o ceny promów na Cypr, którymi zainteresowany był Chris. Wysiedliśmy za miastem nad cudną kamienistą plażą.

Po szybkim udokumentowaniu zachwycających pejzaży ruszyliśmy dalej. Naszym kolejnym podwożącym był Mustafa, sprzedawca owoców. Samochód, którym dysponował niósł wrażenie jakby miał się rozpaść w ciągu najbliższego kilometra, a w środku raczyła woń spalin. Czymże byłby autostop bez podróżowania podobnym wehikułem!? Zatrzymaliśmy się w jakiejś maleńskiej miejscowości i w lokalnym barze wypiliśmy po herbacie. Oszałamiający rachunek wynoszący 1 lira za 2 herbaty nie dawał Chrisowi spokoju, bo przygotowany był on na specjalną cenę dla Yabanci. Bił się w pierś za nieposiadanie większej ilości drobnych w portelu, by zostawić 50% napiwek, szybko jednak doszedł do wniosku, że tego typu zachowania ze strony turystów psują sprzedawców i może urok takich miejscowości tkwi właśnie w tym, że herbata kosztuje 50 kuruszy?
Dalej zakupiliśmy kilka lokalnych gruszek i mniej lokalne batoniki i kontynuowaliśmy łapanie. Tym razem mini ciężarówka, która zabrała nas do Anamuru. Tam zwiedziliśmy zamek i stwierdziliśmy zgodnie, że Turcy nie za bardzo wiedzą, co to BHP, bo mimo, że można wchodzić na wysokie kondygnacje zamku i podziwiać z góry niesamowite wybrzeże, to barierek tam nie spotkamy.
Kolejny krótki odcinek na naszej trasie pokonaliśmy z dwójką młodych Turków w jakimś odpicowanym golfie, później z przesympatycznym małżeństwem, które, zanim wypuściło nas z samochodu, zdążyło zadzwonić na poblisku dworzec, by zasięgnąć informacji na temat godzin odjazdów autobusów do Alanyi...W sklepie kupiliśmy lokalne banany, będące specjalnością regionu i znów oddaliliśmy się na małe pustkowie, gdzie po raz kolejny jako pierwsza zatrzymała się...ciężarówka.
Ustalilismy uprzednio z Chrisem, że dla dobra naszego planu podróży będziemy brać samochody nieosobowe w absolutnej konieczności. Czekaliśmy na poboczu całe 16 i pół minuty. Nastąpiła więc absolutna konieczność...
Mimo wszelkich zalet Chrisa jako faceta i partnera w podróży, realnie trzeba przyznać, że nawet i On nie jest idealny ;-) I mógłby trochę popracować nad cierpliwością i konsekwencją. Ja np. ćwiczyłam ponad rok na iPlusie ze słabym łączem. Polecam.
Szybko wybadaliśmy więc, że nasz kierowca, ku radości wszystkich, wiezie – węgiel. Przypadkiem również okazało się, iż trasa, która nas czekała, była najbardziej krętą, najbardziej niebezpieczną, wysoką i rozkopaną drogą, jaka mogła nas spotkać podczas podróży. Było to oczywiście bezpośrednią przyczyną tego, że poruszaliśmy się ze średnią prędkością 15 km/h. Podróż jednak przebiegała dość ekscytująco, gdyż Chris od trzeciej minuty ‘jechania’ okrzyknięty został „kardes”-em (tr. Brat) naszego kierowcy, zmuszony był również do zapisania wszelakich numerów polskich i tureckich, jak i kont na facebooku. Gdyż często bywa tak, że autostopowicze w Turcji są dla kierowców niemałą atrakcją. Biorą od Ciebie numery telefonów i dzwonią codziennie przez kolejny miesiąc by zapytać, jak się masz ;-) Turcy znani ze swojej gościnności potrafią również być męczący, ale nierzadko zabierają wygłodniałych wędrowców na małe co-nieco i na turecką mini-herbatkę ;-)
Ze względu na powalającą prędkość z jaką się przemieszczaliśmy, szybko było jasne, że nie dotrzemy dziś do Antalyi zahaczając po drodze o Alanye. Dzień wcześniej zmienialiśmy plan podróży, zostając dłużej w Kizkalesi, więc odmówiliśmy hosta w Alanyi. W tej sytuacji bez dachu nad głową zaczęliśmy więc planować przetrwanie nocy na plaży. Mieliśmy zapałki, więc gdybyśmy wylądowali tam przed zmrokiem, mielibyśmy szanse na pozbieranie chrustu na ognisko. Cóż za przygoda! Niestety, gdy zaczynaliśmy serio rozważać ową ewentualność, teren nieoczekiwanie skomplikował naszą sytuację, a wysokość na jakiej biegła droga wręcz uniemożliwiła dotarcie do plaży. Sytuacja trudna, ale nie nierozwiązywalna. Zawsze można załatwić hosta w godzinę ;-)

‘Dzień dobry, my mieliśmy rezerwację’

Bed and Breakfast

Śródziemnomorskie śniadanie

Spotkalismy Supiego około dziesiątej, krzątającego się w Sali restauracyjnej. Postanowił zrobić nam śniadanie! Cały w skowronkach, odmawiając naszej pomocy wygonił nas na przedpołudniowy spacer. Wiedząc z doświadczenia, że Turków w żaden sposób nie jest się w stanie przegadać, skorzystaliśmy z jego rady i ruszyliśmy zwiedzać.
Pogoda może niezbyt tropikalna, ale nas satysfakcjonował każdy dodatni stopień!
Podczas spaceru Chris oczywiście zdiagnozował wszystkie błąkające się pieski, jakie napotkaliśmy, najbardziej jednak został oczarowany żywotną Bawełną (tr. Pamuk), krążącą wokół wejścia do Gold Hotelu. Jak się później okazało, należała ona do kuzyna Szupiego, a Chris zdiagnozował u niej bliźniaczą ciążę :-)

Gdy usiedliśmy przy stole czekało już na nas niesamowite śniadanie – świeży, mięciutki chleb, biały owczy ser, talerz wypełniony ogórkami, pomidorami i 3 rodzajami oliwek (wszystkie czarne znów pochłonął Chris). Co fascynowało nas najbardziej, to pokaźna porcja natki pietruszki skropionej sokiem z cytryny. Słowem świeżo, zdrowo, zielono, bezmięsnie! Po powrocie do Polski Chris będzie praktykować takie kulinarne rozwiązania w swoim środowisku.


Po takim posiłku można ruszyć na porządne eksplorowanie okolicy!
Zaczęliśmy od ruin zamku, do których włamaliśmy się przypadkowo, dostając się tam dosłownie od strony morza. Rozwiązanie to nie należało do najbardziej suchych, aczkolwiek nieświadomie uniknęliśmy opłaty wejściowej za zwiedzanie. Tak samo jak nas zdziwił widok bramek u ‘wyjścia’, na skonsternowanych wyglądali również bramkarze, widząc dwójkę ludzi wracających z nikąd, gdyż nikt nie widział ich, jak wchodzą...


Dawno, dawno temu...
Kontynuowaliśmy wycieczkę okolicoznawczą w sadzie cytrusowym po drugiej stronie ulicy, gdzie pomarańcze znów nie były jadalne, za to znaleźliśmy niesamowite mini jaskinie, idealne jako squaty (gdybyśmy nie spali w hotelu...rzecz jasna).

Po południu spotkaliśmy się z Supim, który zabrał nas do Piekła i Nieba. Od zawsze serce me było bliżej piekła... i tym razem nic się nie zmieniło – droga do nieba wiodła przez ponad 400 schodów w dół...po których trzeba było się wspiąć spowrotem, co bardzo szybko dowiodło jak słabą kondycją dysponuję...Same jaskinie jednak zdecydowanie warte były wysiłku!

Wszyscy kłamią, czyli jak mapa oszukała fascynata topografii

Wszyscy kłamią, czyli jak mapa oszukała fascynata topografii

Po półdniowym zwiedzaniu Mersinu, zachwycie nad morzem i skonsumowaniu kebabu warzywnego nad dotychczas niezidentyfikowanym basenem nastał czas na zbieranie się w kierunku Kizkalesi, gdzie czekało na nas prawdziwe łóżko, może nawet i kawałek prysznica! Według wcześniejszych obliczeń Chrisa wystarczyło ustawić się przy nadmorskiej drodze, co też uczyniliśmy. Po kilku minutach stania jednak Chrisa teoria została obalona przez dwóch życzliwych Turków, którzy po niemiecku dali nam do zrozumienia, że tutaj stop keine chanse, więc zaprowadzą nas w bardziej dogodny punkt. Krzychu absolutnie nie zapałał do nowych przewodników zaufaniem, ale machinalnie dotrzymywał im kroku, wściekając coś pod nosem po polsku i odburkując co jakiś czas jakieś niezrozumiałe dla mnie frazy mieszanką niemiecko-tureką. Po kilkuset metrach dał jednak upust swym emocjom (jeśli można uznać, że takowe posiada) i z poczuciem bycia oszukanym – pozbył się grzecznie dwóch pomocnych panów. Był również niemało skonfundowany tym, co pokazywała mapa, gdyż według wszystkich pytanych osób nasze kolejne miejsce docelowe miało znajdować się o 60 km od Mersinu, na mapie jednak przedstawiało się to na co najmniej 100 km. Zweryfikował więc swoje przemyślenia w kafejce internetowej przy pomocy google map, po czym ruszyliśmy dalej na poszukiwanie wylotówki.
Początkowo mielismy podróżować jedynie na stopa, los chciał jednak, że do Kizkalesi burżujsko jechaliśmy okolicznym dolmusem, opuszczając również naszą stację i lądując w oddalonym o kolejne 30 km Silifke...cóż. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

Wysiadając z dolmusa w miejscu, o którym marzyliśmy od dnia poprzedniego, stwierdziliśmy zgodnie, że wygląda to, jak jakiś niezaciekawy odpadek większych miast miejscowość tą otaczających. Ktoś w ogóle słyszał o czymś takim jak Kizkalesi?

‘Dzień dobry, my mieliśmy rezerwację’

Couch Surfing w hotelu?
Dlaczego by nie? Tak się złożyło, że w przeuroczej nadmorskiej miejscowości pomiędzy Mersinem a Silifke, nad samą plażą znajduje się hotel, prowadzony przez Szupiego – prawdziwą duszę couchsurfingu, uwielbiającego kontakt z ludźmi, szczególnie obcokrajowcami. Gość ten wychodzi z założenia, że skoro poza sezonem hotel nie jest tak licznie odwiedzany przez turystów, dlaczego nie udostepnić go podróżnikom wałęsającym się po okolicy?
W GOLD HOTEL zostaliśmy przywitani gorącą kawą z mlekiem (bo my, „zagraniczni, to tylko kawę pijemy”) w holu pełnym mężczyzn grających w karty bądź O.K. (gra nieco podobna do bardziej znanego Rubicub). Byłam tam jedyną kobietą, ale nie wywoływało to najmniejszego nawet dyskomfortu ;-) W zasadzie i ja i Krzychu prześliśmy wśród tych tłumów bez większego echa.
Dostaliśmy pokój na drugim piętrze. Dwa łóżka, czysta pościel, koce, lodówka ze studencką zawartością, klimatyzacja! (którą od razu przeprogramowaliśmy na super grzanie) i wypasiona, osobista łazienka! All for free!

Niespodziewany Host, czyli noc na stacji Lukoil


Pomaszerowaliśmy za naszym dobroczyńcą do małego pokoiku z biurkiem, kilkoma krzesłami, telewizorem, regałem i co najważniejsze: piecem i pokaźną machinerią do przyrządzania herbaty, którą zaraz zostaliśmy poczęstowani. Na moje szczęście Chris znów doskonale objął rolę wodzireja i swoim, coraz lepszym tureckim, nakreślił nieco okrojoną w czystą prawdą historię naszego zabłąkania w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Pan Lukoil okazał się kochającym dziadkiem 3 wnuków, niegdyś wieloletnim barmanem w hotelu w Antalyi, teraz dojeżdżający swoim motorem co wieczór na samotną stację pod Adaną. Dużo opowiadał o swojej rodzinie, chętnie i dość umiejętnie powtarzał polskie i angielskie słowa, których Chris próbował go nauczyć. Mieliśmy ze sobą obrazkowy słownik turecko-angielski, który dostałam na urodziny. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby, gdyby dał go swoim wnukom, żeby w przyjemny sposób uczyły się angielskiego. Podpisaliśmy się więc na ostatniej stronie i sprezentowaliśmy go naszemu hostowi, wywołując kolejny ciepły uśmiech na jego twarzy.
Po kilku godzinach konwersacji zaproponowano nam, że możemy się przespać do rana. Prawdopodobnie przypadkowo podsunęłam nieco tę myśl, nietęgim i niezbyt przytomnym wyrazem mojej twarzy. Pan M. Zrobił nam szybko miejsce na biurku, żebyśmy mogli położyć tam swoje głowy, zgasił dla nas światło i telewizor i zapewnił, że będzie pilnował, byśmy spokojnie spali ;-)

Obudziłam się po jakimś czasie i zauważyłam, że obok głowy Chrisa leży kolejna głowa, zapewne wykończonego intensywnym goszczeniem dwójki yabanci (tr. obcokrajowcy) stróża nocnego. Czując się w obowiązku czuwania nad bezpieczeństwem jego stanowiska postanowiłam poczuwać trochę nad opuszczoną stacją, wysłuchując duetu chrapiących mężczyzn, śpiących jak zabici na lukoilowym biurku :-) Rano zostaliśmy poczęstowani pysznym, tureckim śniadaniem z serem, sucukiem (rodzaj tureckiej kiełbasy) i miską oliwek, którymi od razu zajął się uzależniony od nich Chris. Niesamowity był dla mnie fakt, że po spotkaniu z osobnikiem zupełnie pozbawionym człowieczeństwa¸ reprezentuającym całą szmatławość swojej zniekształconej mentalności, wpadliśmy na zupełnie innego, pełnego ciepła i otwartości dziadka, który dał nam dach nad głową, posadził obok grzejnika, obdzielił życzliwym uśmiechem nic o nas tak naprawdę nie wiedząc.
Ok 8 pożegnaliśmy się z naszym nocnym zbawcą i oddaliliśmy się od stacji, by ‘w spokoju’ złapać stopa do Adany. Jak Chris powiada, łapanie stopa musi spełniać określone warunki. Przykładowo zbyt duża ilość gapiów nie pozwala Chrisowi się skupić (skupić na łapaniu stopa...oczywiście).

Tym razem mieliśmy przyjemność bycia podwiezionymi przez przedstawiciela handlowego, firmowym samochodem osobowym, zbawiennie dla Chrisa - mówiącego po angielsku! Biedak dostawał ciarek na całym ciele na samą myśl prowadzenia konwersacji po turecku. 

Po 20 km znaleźliśmy się w legendami owianej Adanie, która od pierwszej minuty zaciekawiła nas gigantycznym meczetem rozpościerającym się na horyzoncie. Nie widząc dookoła innych ciekawych obiektów udaliśmy się w jego stronę, zbaczając po drodze do parku z aleją drzew pomarańczowych, które Chris od razu postanowił poddać kontroli jakości. Szybko stwierdziliśmy, iż mimo drzewa usiane pomarańczowymi, jędrnymi owocami wyglądają niezwykle apetycznie, nie są one chyba przeznaczone do spożycia, gdyż emanują kwasowością silniejszą niż niejedna cytryna.
Warto jednak pójść w głąb parku, gdzie samotnie pośród brzóz rośnie drzewo grejfrutowe. Co prawda, aby zdobyć którykolwiek z owoców, trzeba się na owe drzewo wdrapać, ale przy jednorazowej pomocy ‘podnóżka’ (czyt. Chris) dalsze wspinanie absolutnie nie powinno sprawiać żadnych problemów. Odrobina wysiłku jest za to niezwykle opłacalna, ponieważ owoce zerwane z tego drzewa były soczyste i smaczne, a przede wszystkim kompletnie za darmo!
Ukrywszy nasze świeżo zdobyte zapasy we wszystkich wolnych przestrzeniach naszych plecaków powędrowaliśmy spacerkiem do meczetu. Ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy tam turystę z Shanghaiu, dzierżącego w dłoniach potężnego NICONa, zamieniliśmy słów kilka i jak na poważnych zwiedzających przystało, poszliśmy sobie posiedzieć w ciepłym i przytulnym dość budynku wyłożonym miękkimi dywanami.



Mimo, że podczas śniadania na stacji zostaliśmy poczęstowani turecką herbatą, nie byliśmy jednak w stanie funkcjonować bez porządnej filiżanki kawy. Po zwiedzaniu zatem znaleźliśmy knajpkę serwującą upragniony przez nas trunek, gdzie przy stolikach na zewnątrz upajaliśmy się plusowymi temperaturami.

Pełni nowo nabytej, pokofeinowej energii postanowiliśmy zdobyć kolejny punkt wycieczki – Mersin. Znajdując odpowiednie miejsce na łapanie stopa, ładnie chwyciliśmy za naszą ‘tabliczkę zrób to sam’ z wyraźnie zaznaczoną destynacją i staraliśmy się ignorować co rusz zatrzymujące się koło nas dolmusze.
Podstawową już zasadą jest fakt, że póki któreś z nas nie włączy stopera, to niewielkie są szanse na to, że ktoś się przy nas zatrzyma. I tak w tym przypadku: po włączeniu stopera po kilku minutach zostaliśmy zgarnięci przez kolejnego przedstawiciela handlowego :-) Niestety nasz nowy kierowca nie zmierzał, tam, gdzie chcieliśmy, mimo wszystko chciał być bardzo pomocny i postanowił nas zawieźć na dworzec autobusowy, skąd mogliśmy złapać autobus do Mersinu...tylko nie do końca o to chodziło. I tutaj należałoby napomknąć o słynnej już w świecie tureckiej gościnności: podwójnie należy się zastanowić przed podjęciem próby uzyskania pomocy od obywatela Anatolii, mianowicie nigdy nie zostaniemy obojętnie spławieni przez osobę o pomoc przez nas proszoną, ale musimy liczyć się z faktem, iż nawet jeśli pytana przez nas osoba pomocy owej nie będzie w stanie nam udzielić, to z przyjemnością zaangażuje w akcje ratowniczą dodatkowych kilkanaście osób, wypytując każdej, którędy do szaletu, planując wspólnie wrzucenie cię w taksówkę, która z pewnością dowiezie Cię tam, gdzie dojechać pragniesz, albo – jak w naszym przypadku – oprowadzenie po dworcu autobusowym, byśmy na pewno trafili na właściwy autobus. W takich sytuacjach najlepiej jest nie tłumaczyć głębokiej idei hitch-hikingu, gdyż nie spotyka się to z dużym zrozumieniem i prawdopodobnie czyni cię jeszcze bardziej żałośnie bezbronnym, co oznacza, że będziesz potrzebował dwa razy więcej pomocy. Zatem podziękuj ładnie, powiedz, że jesteś bardzo wdzięczny i że na pewno sobie poradzisz, życz dnia miłego i skieruj się w stronę, która usatysfakcjonuje Twego zbawcę. Poczekaj, aż odjedzie i wróć z kartką destynacyjną łapać stopa ;)

Nie chwal noclegu przed porankiem



Dojechaliśmy z naszymi kierowcami do głównej siedziby firmy przewozowej. Zostaliśmy zaproszeni do środka budynku znajdującego się przy garażach, bądź magazynach. Było tam dość zimno, gdyż spore pomieszczenie ogrzewane było małym piecykiem elektrycznym, mianowicie trudno jest napotkać zainstalowane na stałe ogrzewanie na południu Turcji, gdyż wychodzi się z założenia, że na dwa zimne miesiące zakładanie takowego nikomu się nie opłaca. Lepiej więc marznąć.
Zostaliśmy jednak od razy poczęstowani turecką herbatą, odwdzięczając się Kekiem. W biurze oprócz biurka i kanapy znajdowało się również łóżko. Szybko zlokalizowaliśmy miejsce, gdzie moglibyśmy przetrwać noc. Oboje obstawiliśmy kanapę.
Chris w dalszym ciągu prowadził konwersacje, dość wyluzowany faktem, że przypadkowo trafiła nam się niezła miejscówka na noc. Ja byłam mniej zrelaksowana, może głównie dlatego, że pomimo umiejscowienia się blisko grzejnika -  trzęsłam się z zimna potwornie.
Jak już wspominałam – facet bardzo przydaje się kobiecie na takim tripie, aczkolwiek i kobieta nie jest bezużyteczna, mianowicie większość przedstawicielek płci pięknej posiada cechę zwaną intuicją. I ta też, do dziś niezbyt rzetelnie precyzowana przez wszelakie słowniki daje kobiecie poczucia różnorakie, których sama wytłumaczyć nie jest w stanie. I w tym przypadku moja intuicja kazała mi siedzieć jak na szpilkach, co w praktyce, jak się okazało, było dość uzasadnione, ponieważ kiedy tylko Chris zniknął z pokoju na chwil kilka, zostałam postawiona przed propozycją spędzenia upojnej nocy z naszym hostem. Pamiętam, że Chris w poprzednich rozmowach wspominał o naszym narzeczeństwie, aczkolwiek brak pierścionka na moim palcu chyba nie był bardzo przekonywający. Miałam nadzieję, że temat rozpłynie się w powietrzu, kiedy Chris wróci do pokoju, niełatwo jest jednak stawić czoła determinacji pewnych jednostek, nie do końca człowieczych. Trudno, odmówiłam ja, może Chris nie odmówi i wypożyczy koleżankę na noc. Wypożyczyć jednak nie chciał, co równało się z tym, że momentalnie polecono nam udanie się do hotelu w Adanie. Podziękowaliśmy ładnie za herbatkę, zebraliśmy swoje manatki i opuściliśmy tirowe włości, nie bez ulgi z mojej strony.

W pewnym momencie więc znaleźliśmy się pośrodku niczego, 20 km od jakiejkolwiek cywilizacji, bez miejsca do spania, nie znając języka na tyle, żeby komukolwiek nawet wytłumaczyć sytuację.
Nie pozostawało nam nic innego, jak iść przed siebie. Mijając jakieś place budowy i opuszczone budynki patrzyliśmy po sobie, myśląc, czy nie dałoby się wykorzystać ich jako dorannych noclegów. Wszystkie niestety były ogrodzone i strzeżone przez, z pewnością bardzo przyjazne köpeki (tr. pies). Na postawione przeze mnie pytanie: „co teraz?” otrzymałam odpowiedź: „dojdziemy do stacji, a później zobaczymy”. Wiedząc, że mam do czynienia z pełnowartościowym facetem, który w najtrudniejszej sytuacji potrafi odnaleźć jakieś szanse, przytaknęłam jedynie i wróciłam do swobodnego trzęsienia się z zimna. Po kilkuset metrach doszliśmy do stacji benzynowej. Niedługo trwało, aż Chris wdał się w konwersację ze stróżem nocnym, w której wyrażał spore chęci dostania się do hotelu w oddalonej o 20 km Adanie i jednoznaczny zawód faktem, że o 12 w nocy niemożliwym jest złapanie jakiegokolwiek autobusu! Przesympatyczny Pan przeszukiwał już swój portfel, by znaleźć  wizytówkę z numerem na taksówkę, która mogłaby zabrać nas do upragnionego hotelu, na szczęście dla naszych portfeli takowej nie znalazł. Wyraziwszy po raz kolejny swój zawód Chris, stwierdził z niemałym zrezygnowaniem, że w tej sytuacji ‘przejdziemy się’ do Adany.
- Na nogach? 20 km o północy?! Buyrun (tr. zapraszam).