Nasz host mieszkał w miejscowości Tosmur, kilka kilometrów od Alanyi. Swój apartament miał w budynku położonym 3 minuty spacerem od plaży, a na placu przed domem były dwa baseny, dla tych, dla których morze jest zbyt daleko. Owszem, brzmi jak raj, ale i tutaj nie ma nigdzie ogrzewania centralnego a i wszyscy niezmiennie żyją w niepewności, czy po pochmurnym dniu będą mogli wieczorem wziąć chociaż letni prysznic...
Wjechać było warto, gdyż z zamku rozpościera się widok na całe miasto, z zapierajacym dech w piersiach wybrzeżem.
Czekając na autobus powrotny, wpadliśmy na małą herbatkę do najbliższej restauracji.
Uwaga do zapamiętania: w Turcji jesteś obcokrajowcem (obviously) i nie jesteś w stanie tego ukryć. I mimo, że Turcy są narodem gościnnym, to czasam chcą na Tobie zarobić. Polecam więc nie kupować kota w worku i w miarę możliwości sprawdzać ceny na ‘papierze’. Jeśli dostaniesz Menu Specjalne dla yabanci, Twój pech, a i oklaski dla zarządzających restauracją za pomysłowość. W większości przypadków jednak MENU wcale możesz nie ujrzeć, gdyż ‘miły’ kelner poinformuje Cię słownie, ile jesteś winien. Jeśli jednak zechce Ci się sprawdzić cenę w menu, może zdziwić Cię fakt, że według karty powinieneś oszczędzić 50%. No cóż, prawo dżungli nr 1: „Nieogarnięci yabanci płacą więcej”.
Nareszcie istaniała szansa na to, że w końcu będziemy nocować u hosta, którego podczas tygodniowego tripu przekładaliśmy co najmniej z 3 razy.
Gdy dotarliśmy do Antalyi zaczęliśmy oczywiście od zjedzenia pokaźnej porcji kebaba. Później korzystając z przyjemnej dość temperatury pospacerowaliśmy po ‘rynku’, co rusz mijając jakichś biegaczy z mapami i latarkami na głowach. Podkreślam biegaczy, nie biegaczki, bo nawet w Turcji wiedzą, że kobiety z map korzystać nie umieją. Dlatego też podróżuję z facetem, będącym równocześnie fascynatem topografii, który zawsze dotrze do poszukiwanego miejsca, gubiąc nas przy tym z częstotliwością około 0,1 raza na dzień. Do naszych hostów dotarliśmy bez problemów :-)
Cały próg mieszkania, do którego weszliśmy usiany był butami. Co dziwniejsze, mieszkali tam jedynie panowie...zastanawiające, ile torebek trzymają ukrytych w szafkach ;-)
Przywitało nas 3 młodych mężczyzn – Murat, Benjamin i Fatih. Zostaliśmy z Chrisem poczęstowani od wejścia deserami mlecznymi i przedstawieniu pokojowi, w którym mielismy się zatrzymać. Ponoć był to pokój Fatih’iego...nie wnikaliśmy jednak, gdzie przez te dwie noce miał spać Fatih. W mig zdaliśmy sobie sprawę, że nieświadomie trafiliśmy do 100% studenckiego mieszkania. Dostaliśmy klucze i zostaliśmy powiadomieni, że jutro nikogo nie ma...i że możemy zostać miesiąc :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz