poniedziałek, 21 maja 2012

...bo turecka gościnność (prawie) nie ma granic






Nasz wybawca tego dnia miał wieczorne spotkanie, za czym szło, że musieliśmy zorganizować sobie czas do jego powrotu. Była to cudowna okazja do wieczornego spaceru po Alanyi. Wcześniej zapolowaliśmy na śmiesznie tani kebab za 2,5 liry z herbatą gratis. Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy jest duża ilość Niemców na ulicach. Ponoć ich i Rosjan jest w tych okolicach najwięcej. Mają tu swoje zimowe/letnie domki. W większości miejsc również nie ma problemów z porozumiewaniem się po angielsku. Nareszcie!
Nasz host mieszkał w miejscowości Tosmur, kilka kilometrów od Alanyi. Swój apartament miał w budynku położonym 3 minuty spacerem od plaży, a na placu przed domem były dwa baseny, dla tych, dla których morze jest zbyt daleko. Owszem, brzmi jak raj, ale i tutaj nie ma nigdzie ogrzewania centralnego a i wszyscy niezmiennie żyją w niepewności, czy po pochmurnym dniu będą mogli wieczorem wziąć chociaż letni prysznic...

Oczywiście w planie było wczesne wstanie, szybkie śniadanie i co najwyżej dwie godziny zwiedzania. Poranek jak zwyle się opóźnił, mając wpływ na całą resztę. W rezultacie opuściliśmy dom naszego hosta po wystawnym śniadaniu przez niego przygotowanym, około 11. Byliśmy zdeterminowani, żeby zobaczyć Alanya Kalesi, więc po krótkiej wymianie opinii na temat wchodzenia 5 km pod morderczą górę, znaleźliśmy shuttle bus do zamku, za który w pierwszą stronę udało nam się nawet nie płacić :D
Wjechać było warto, gdyż z zamku rozpościera się widok na całe miasto, z zapierajacym dech w piersiach wybrzeżem.
Czekając na autobus powrotny, wpadliśmy na małą herbatkę do najbliższej restauracji.
Uwaga do zapamiętania: w Turcji jesteś obcokrajowcem (obviously) i nie jesteś w stanie tego ukryć. I mimo, że Turcy są narodem gościnnym, to czasam chcą na Tobie zarobić. Polecam więc nie kupować kota w worku i w miarę możliwości sprawdzać ceny na ‘papierze’. Jeśli dostaniesz Menu Specjalne dla yabanci, Twój pech, a i oklaski dla zarządzających restauracją za pomysłowość. W większości przypadków jednak MENU wcale możesz nie ujrzeć, gdyż ‘miły’ kelner poinformuje Cię słownie, ile jesteś winien. Jeśli jednak zechce Ci się sprawdzić cenę w menu, może zdziwić Cię fakt, że według karty powinieneś oszczędzić 50%. No cóż, prawo dżungli nr 1: „Nieogarnięci yabanci płacą więcej”.
Łapanie stopa nad Morzem Śródziemnym to czyta przyjemność. Nie trzeba przedzierać się przez kilkumilionowe miasta w poszukiwaniu wylotówek. Można za to spacerować nad plażą, wystawiając co rusz kartkę destynacyjną. Główna droga bowiem biegnie prawie nad morzem.
Nareszcie istaniała szansa na to, że w końcu będziemy nocować u hosta, którego podczas tygodniowego tripu przekładaliśmy co najmniej z 3 razy.
Gdy dotarliśmy do Antalyi zaczęliśmy oczywiście od zjedzenia pokaźnej porcji kebaba. Później korzystając z przyjemnej dość temperatury pospacerowaliśmy po ‘rynku’, co rusz mijając jakichś biegaczy z mapami i latarkami na głowach. Podkreślam biegaczy, nie biegaczki, bo nawet w Turcji wiedzą, że kobiety z map korzystać nie umieją. Dlatego też podróżuję z facetem, będącym równocześnie fascynatem topografii, który zawsze dotrze do poszukiwanego miejsca, gubiąc nas przy tym z częstotliwością około 0,1 raza na dzień. Do naszych hostów dotarliśmy bez problemów :-)
Cały próg mieszkania, do którego weszliśmy usiany był butami. Co dziwniejsze, mieszkali tam jedynie panowie...zastanawiające, ile torebek trzymają ukrytych w szafkach ;-)
Przywitało nas 3 młodych mężczyzn – Murat, Benjamin i Fatih. Zostaliśmy z Chrisem  poczęstowani od wejścia deserami mlecznymi i przedstawieniu pokojowi, w którym mielismy się zatrzymać. Ponoć był to pokój Fatih’iego...nie wnikaliśmy jednak, gdzie przez te dwie noce miał spać Fatih. W mig zdaliśmy sobie sprawę, że nieświadomie trafiliśmy do 100% studenckiego mieszkania. Dostaliśmy klucze i zostaliśmy powiadomieni, że jutro nikogo nie ma...i że możemy zostać miesiąc :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz