Wszyscy kłamią, czyli jak mapa oszukała fascynata topografii
Wysiadając
z dolmusa w miejscu, o którym marzyliśmy od dnia poprzedniego,
stwierdziliśmy zgodnie, że wygląda to, jak jakiś niezaciekawy odpadek
większych miast miejscowość tą otaczających. Ktoś w ogóle słyszał o
czymś takim jak Kizkalesi?
W
GOLD HOTEL zostaliśmy przywitani gorącą kawą z mlekiem (bo my,
„zagraniczni, to tylko kawę pijemy”) w holu pełnym mężczyzn grających w
karty bądź O.K. (gra nieco podobna do bardziej znanego Rubicub). Byłam
tam jedyną kobietą, ale nie wywoływało to najmniejszego nawet
dyskomfortu ;-) W zasadzie i ja i Krzychu prześliśmy wśród tych tłumów
bez większego echa.
Po
półdniowym zwiedzaniu Mersinu, zachwycie nad morzem i skonsumowaniu
kebabu warzywnego nad dotychczas niezidentyfikowanym basenem nastał czas
na zbieranie się w kierunku Kizkalesi, gdzie czekało na nas prawdziwe
łóżko, może nawet i kawałek prysznica! Według wcześniejszych obliczeń
Chrisa wystarczyło ustawić się przy nadmorskiej drodze, co też
uczyniliśmy. Po kilku minutach stania jednak Chrisa teoria została
obalona przez dwóch życzliwych Turków, którzy po niemiecku dali nam do
zrozumienia, że tutaj stop keine chanse, więc zaprowadzą nas w bardziej
dogodny punkt. Krzychu absolutnie nie zapałał do nowych przewodników
zaufaniem, ale machinalnie dotrzymywał im kroku, wściekając coś pod
nosem po polsku i odburkując co jakiś czas jakieś niezrozumiałe dla mnie
frazy mieszanką niemiecko-tureką. Po kilkuset metrach dał jednak upust
swym emocjom (jeśli można uznać, że takowe posiada) i z poczuciem bycia
oszukanym – pozbył się grzecznie dwóch pomocnych panów. Był również
niemało skonfundowany tym, co pokazywała mapa, gdyż według wszystkich
pytanych osób nasze kolejne miejsce docelowe miało znajdować się o 60 km
od Mersinu, na mapie jednak przedstawiało się to na co najmniej 100 km.
Zweryfikował więc swoje przemyślenia w kafejce internetowej przy pomocy
google map, po czym ruszyliśmy dalej na poszukiwanie wylotówki.
Początkowo
mielismy podróżować jedynie na stopa, los chciał jednak, że do
Kizkalesi burżujsko jechaliśmy okolicznym dolmusem, opuszczając również
naszą stację i lądując w oddalonym o kolejne 30 km Silifke...cóż. Łatwo
przyszło, łatwo poszło.
‘Dzień dobry, my mieliśmy rezerwację’
Couch Surfing w hotelu?
Dlaczego
by nie? Tak się złożyło, że w przeuroczej nadmorskiej miejscowości
pomiędzy Mersinem a Silifke, nad samą plażą znajduje się hotel,
prowadzony przez Szupiego – prawdziwą duszę couchsurfingu,
uwielbiającego kontakt z ludźmi, szczególnie obcokrajowcami. Gość ten
wychodzi z założenia, że skoro poza sezonem hotel nie jest tak licznie
odwiedzany przez turystów, dlaczego nie udostepnić go podróżnikom
wałęsającym się po okolicy?
Dostaliśmy
pokój na drugim piętrze. Dwa łóżka, czysta pościel, koce, lodówka ze
studencką zawartością, klimatyzacja! (którą od razu przeprogramowaliśmy
na super grzanie) i wypasiona, osobista łazienka! All for free!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz