Pomaszerowaliśmy za naszym dobroczyńcą do małego pokoiku z biurkiem, kilkoma krzesłami, telewizorem, regałem i co najważniejsze: piecem i pokaźną machinerią do przyrządzania herbaty, którą zaraz zostaliśmy poczęstowani. Na moje szczęście Chris znów doskonale objął rolę wodzireja i swoim, coraz lepszym tureckim, nakreślił nieco okrojoną w czystą prawdą historię naszego zabłąkania w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Pan Lukoil okazał się kochającym dziadkiem 3 wnuków, niegdyś wieloletnim barmanem w hotelu w Antalyi, teraz dojeżdżający swoim motorem co wieczór na samotną stację pod Adaną. Dużo opowiadał o swojej rodzinie, chętnie i dość umiejętnie powtarzał polskie i angielskie słowa, których Chris próbował go nauczyć. Mieliśmy ze sobą obrazkowy słownik turecko-angielski, który dostałam na urodziny. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby, gdyby dał go swoim wnukom, żeby w przyjemny sposób uczyły się angielskiego. Podpisaliśmy się więc na ostatniej stronie i sprezentowaliśmy go naszemu hostowi, wywołując kolejny ciepły uśmiech na jego twarzy.
Po kilku godzinach konwersacji zaproponowano nam, że możemy się przespać do rana. Prawdopodobnie przypadkowo podsunęłam nieco tę myśl, nietęgim i niezbyt przytomnym wyrazem mojej twarzy. Pan M. Zrobił nam szybko miejsce na biurku, żebyśmy mogli położyć tam swoje głowy, zgasił dla nas światło i telewizor i zapewnił, że będzie pilnował, byśmy spokojnie spali ;-)
Ok 8 pożegnaliśmy się z naszym
nocnym zbawcą i oddaliliśmy się od stacji, by ‘w spokoju’ złapać stopa
do Adany. Jak Chris powiada, łapanie stopa musi spełniać określone
warunki. Przykładowo zbyt duża ilość gapiów nie pozwala Chrisowi się
skupić (skupić na łapaniu stopa...oczywiście).
Tym
razem mieliśmy przyjemność bycia podwiezionymi przez przedstawiciela
handlowego, firmowym samochodem osobowym, zbawiennie dla Chrisa -
mówiącego po angielsku! Biedak dostawał ciarek na całym ciele na samą
myśl prowadzenia konwersacji po turecku.
Po
20 km znaleźliśmy się w legendami owianej Adanie, która od pierwszej
minuty zaciekawiła nas gigantycznym meczetem rozpościerającym się na
horyzoncie. Nie widząc dookoła innych ciekawych obiektów udaliśmy się w
jego stronę, zbaczając po drodze do parku z aleją drzew pomarańczowych,
które Chris od razu postanowił poddać kontroli jakości. Szybko
stwierdziliśmy, iż mimo drzewa usiane pomarańczowymi, jędrnymi owocami
wyglądają niezwykle apetycznie, nie są one chyba przeznaczone do
spożycia, gdyż emanują kwasowością silniejszą niż niejedna cytryna.
Ukrywszy nasze świeżo zdobyte zapasy we wszystkich wolnych przestrzeniach naszych plecaków powędrowaliśmy spacerkiem do meczetu. Ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy tam turystę z Shanghaiu, dzierżącego w dłoniach potężnego NICONa, zamieniliśmy słów kilka i jak na poważnych zwiedzających przystało, poszliśmy sobie posiedzieć w ciepłym i przytulnym dość budynku wyłożonym miękkimi dywanami.
Mimo, że podczas śniadania na stacji zostaliśmy poczęstowani turecką herbatą, nie byliśmy jednak w stanie funkcjonować bez porządnej filiżanki kawy. Po zwiedzaniu zatem znaleźliśmy knajpkę serwującą upragniony przez nas trunek, gdzie przy stolikach na zewnątrz upajaliśmy się plusowymi temperaturami.
Pełni
nowo nabytej, pokofeinowej energii postanowiliśmy zdobyć kolejny punkt
wycieczki – Mersin. Znajdując odpowiednie miejsce na łapanie stopa,
ładnie chwyciliśmy za naszą ‘tabliczkę zrób to sam’ z wyraźnie
zaznaczoną destynacją i staraliśmy się ignorować co rusz zatrzymujące
się koło nas dolmusze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz