czwartek, 17 maja 2012

Niespodziewany Host, czyli noc na stacji Lukoil


Pomaszerowaliśmy za naszym dobroczyńcą do małego pokoiku z biurkiem, kilkoma krzesłami, telewizorem, regałem i co najważniejsze: piecem i pokaźną machinerią do przyrządzania herbaty, którą zaraz zostaliśmy poczęstowani. Na moje szczęście Chris znów doskonale objął rolę wodzireja i swoim, coraz lepszym tureckim, nakreślił nieco okrojoną w czystą prawdą historię naszego zabłąkania w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Pan Lukoil okazał się kochającym dziadkiem 3 wnuków, niegdyś wieloletnim barmanem w hotelu w Antalyi, teraz dojeżdżający swoim motorem co wieczór na samotną stację pod Adaną. Dużo opowiadał o swojej rodzinie, chętnie i dość umiejętnie powtarzał polskie i angielskie słowa, których Chris próbował go nauczyć. Mieliśmy ze sobą obrazkowy słownik turecko-angielski, który dostałam na urodziny. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby, gdyby dał go swoim wnukom, żeby w przyjemny sposób uczyły się angielskiego. Podpisaliśmy się więc na ostatniej stronie i sprezentowaliśmy go naszemu hostowi, wywołując kolejny ciepły uśmiech na jego twarzy.
Po kilku godzinach konwersacji zaproponowano nam, że możemy się przespać do rana. Prawdopodobnie przypadkowo podsunęłam nieco tę myśl, nietęgim i niezbyt przytomnym wyrazem mojej twarzy. Pan M. Zrobił nam szybko miejsce na biurku, żebyśmy mogli położyć tam swoje głowy, zgasił dla nas światło i telewizor i zapewnił, że będzie pilnował, byśmy spokojnie spali ;-)

Obudziłam się po jakimś czasie i zauważyłam, że obok głowy Chrisa leży kolejna głowa, zapewne wykończonego intensywnym goszczeniem dwójki yabanci (tr. obcokrajowcy) stróża nocnego. Czując się w obowiązku czuwania nad bezpieczeństwem jego stanowiska postanowiłam poczuwać trochę nad opuszczoną stacją, wysłuchując duetu chrapiących mężczyzn, śpiących jak zabici na lukoilowym biurku :-) Rano zostaliśmy poczęstowani pysznym, tureckim śniadaniem z serem, sucukiem (rodzaj tureckiej kiełbasy) i miską oliwek, którymi od razu zajął się uzależniony od nich Chris. Niesamowity był dla mnie fakt, że po spotkaniu z osobnikiem zupełnie pozbawionym człowieczeństwa¸ reprezentuającym całą szmatławość swojej zniekształconej mentalności, wpadliśmy na zupełnie innego, pełnego ciepła i otwartości dziadka, który dał nam dach nad głową, posadził obok grzejnika, obdzielił życzliwym uśmiechem nic o nas tak naprawdę nie wiedząc.
Ok 8 pożegnaliśmy się z naszym nocnym zbawcą i oddaliliśmy się od stacji, by ‘w spokoju’ złapać stopa do Adany. Jak Chris powiada, łapanie stopa musi spełniać określone warunki. Przykładowo zbyt duża ilość gapiów nie pozwala Chrisowi się skupić (skupić na łapaniu stopa...oczywiście).

Tym razem mieliśmy przyjemność bycia podwiezionymi przez przedstawiciela handlowego, firmowym samochodem osobowym, zbawiennie dla Chrisa - mówiącego po angielsku! Biedak dostawał ciarek na całym ciele na samą myśl prowadzenia konwersacji po turecku. 

Po 20 km znaleźliśmy się w legendami owianej Adanie, która od pierwszej minuty zaciekawiła nas gigantycznym meczetem rozpościerającym się na horyzoncie. Nie widząc dookoła innych ciekawych obiektów udaliśmy się w jego stronę, zbaczając po drodze do parku z aleją drzew pomarańczowych, które Chris od razu postanowił poddać kontroli jakości. Szybko stwierdziliśmy, iż mimo drzewa usiane pomarańczowymi, jędrnymi owocami wyglądają niezwykle apetycznie, nie są one chyba przeznaczone do spożycia, gdyż emanują kwasowością silniejszą niż niejedna cytryna.
Warto jednak pójść w głąb parku, gdzie samotnie pośród brzóz rośnie drzewo grejfrutowe. Co prawda, aby zdobyć którykolwiek z owoców, trzeba się na owe drzewo wdrapać, ale przy jednorazowej pomocy ‘podnóżka’ (czyt. Chris) dalsze wspinanie absolutnie nie powinno sprawiać żadnych problemów. Odrobina wysiłku jest za to niezwykle opłacalna, ponieważ owoce zerwane z tego drzewa były soczyste i smaczne, a przede wszystkim kompletnie za darmo!
Ukrywszy nasze świeżo zdobyte zapasy we wszystkich wolnych przestrzeniach naszych plecaków powędrowaliśmy spacerkiem do meczetu. Ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy tam turystę z Shanghaiu, dzierżącego w dłoniach potężnego NICONa, zamieniliśmy słów kilka i jak na poważnych zwiedzających przystało, poszliśmy sobie posiedzieć w ciepłym i przytulnym dość budynku wyłożonym miękkimi dywanami.



Mimo, że podczas śniadania na stacji zostaliśmy poczęstowani turecką herbatą, nie byliśmy jednak w stanie funkcjonować bez porządnej filiżanki kawy. Po zwiedzaniu zatem znaleźliśmy knajpkę serwującą upragniony przez nas trunek, gdzie przy stolikach na zewnątrz upajaliśmy się plusowymi temperaturami.

Pełni nowo nabytej, pokofeinowej energii postanowiliśmy zdobyć kolejny punkt wycieczki – Mersin. Znajdując odpowiednie miejsce na łapanie stopa, ładnie chwyciliśmy za naszą ‘tabliczkę zrób to sam’ z wyraźnie zaznaczoną destynacją i staraliśmy się ignorować co rusz zatrzymujące się koło nas dolmusze.
Podstawową już zasadą jest fakt, że póki któreś z nas nie włączy stopera, to niewielkie są szanse na to, że ktoś się przy nas zatrzyma. I tak w tym przypadku: po włączeniu stopera po kilku minutach zostaliśmy zgarnięci przez kolejnego przedstawiciela handlowego :-) Niestety nasz nowy kierowca nie zmierzał, tam, gdzie chcieliśmy, mimo wszystko chciał być bardzo pomocny i postanowił nas zawieźć na dworzec autobusowy, skąd mogliśmy złapać autobus do Mersinu...tylko nie do końca o to chodziło. I tutaj należałoby napomknąć o słynnej już w świecie tureckiej gościnności: podwójnie należy się zastanowić przed podjęciem próby uzyskania pomocy od obywatela Anatolii, mianowicie nigdy nie zostaniemy obojętnie spławieni przez osobę o pomoc przez nas proszoną, ale musimy liczyć się z faktem, iż nawet jeśli pytana przez nas osoba pomocy owej nie będzie w stanie nam udzielić, to z przyjemnością zaangażuje w akcje ratowniczą dodatkowych kilkanaście osób, wypytując każdej, którędy do szaletu, planując wspólnie wrzucenie cię w taksówkę, która z pewnością dowiezie Cię tam, gdzie dojechać pragniesz, albo – jak w naszym przypadku – oprowadzenie po dworcu autobusowym, byśmy na pewno trafili na właściwy autobus. W takich sytuacjach najlepiej jest nie tłumaczyć głębokiej idei hitch-hikingu, gdyż nie spotyka się to z dużym zrozumieniem i prawdopodobnie czyni cię jeszcze bardziej żałośnie bezbronnym, co oznacza, że będziesz potrzebował dwa razy więcej pomocy. Zatem podziękuj ładnie, powiedz, że jesteś bardzo wdzięczny i że na pewno sobie poradzisz, życz dnia miłego i skieruj się w stronę, która usatysfakcjonuje Twego zbawcę. Poczekaj, aż odjedzie i wróć z kartką destynacyjną łapać stopa ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz