Mielismy ambitny plan dostania się do Alanyi, szybkiego zobaczenia najważniejszych miejsc i tego samego dnia dotarcie do Antalyi. Oddaliliśmy się więc nieco od cywilizacji stwarzając sobie lepsze warunki do hitch-hikingu i uruchomiliśmy proces wzbudzania w przejezdnych współczucia tudzież chęci pomocy – postawienie plecaków przed siebie, zdjęcie okularów i nakryć głowy, by wzbudzić zaufanie, szeroki uśmiech i machanie kartką z destynacją ;-) Po małej chwili zatrzymał się przy nas czerwony Getz, a w nim młody nauczyciel, niestety dla Chrisa znów nie mówiący po angielsku. Mieliśmy dojechać z nim do Silifke, czyli zaledwie 25 kilometrów, ale dowiózł nas do samego Tasucu, zatrzymując się również przy porcie, by zapytać o ceny promów na Cypr, którymi zainteresowany był Chris. Wysiedliśmy za miastem nad cudną kamienistą plażą.
Po szybkim udokumentowaniu zachwycających pejzaży ruszyliśmy dalej. Naszym kolejnym podwożącym był Mustafa, sprzedawca owoców. Samochód, którym dysponował niósł wrażenie jakby miał się rozpaść w ciągu najbliższego kilometra, a w środku raczyła woń spalin. Czymże byłby autostop bez podróżowania podobnym wehikułem!? Zatrzymaliśmy się w jakiejś maleńskiej miejscowości i w lokalnym barze wypiliśmy po herbacie. Oszałamiający rachunek wynoszący 1 lira za 2 herbaty nie dawał Chrisowi spokoju, bo przygotowany był on na specjalną cenę dla Yabanci. Bił się w pierś za nieposiadanie większej ilości drobnych w portelu, by zostawić 50% napiwek, szybko jednak doszedł do wniosku, że tego typu zachowania ze strony turystów psują sprzedawców i może urok takich miejscowości tkwi właśnie w tym, że herbata kosztuje 50 kuruszy?
Dalej zakupiliśmy kilka lokalnych gruszek i mniej lokalne batoniki i kontynuowaliśmy łapanie. Tym razem mini ciężarówka, która zabrała nas do Anamuru. Tam zwiedziliśmy zamek i stwierdziliśmy zgodnie, że Turcy nie za bardzo wiedzą, co to BHP, bo mimo, że można wchodzić na wysokie kondygnacje zamku i podziwiać z góry niesamowite wybrzeże, to barierek tam nie spotkamy.
Kolejny krótki odcinek na naszej trasie pokonaliśmy z dwójką młodych Turków w jakimś odpicowanym golfie, później z przesympatycznym małżeństwem, które, zanim wypuściło nas z samochodu, zdążyło zadzwonić na poblisku dworzec, by zasięgnąć informacji na temat godzin odjazdów autobusów do Alanyi...W sklepie kupiliśmy lokalne banany, będące specjalnością regionu i znów oddaliliśmy się na małe pustkowie, gdzie po raz kolejny jako pierwsza zatrzymała się...ciężarówka.
Ustalilismy uprzednio z Chrisem, że dla dobra naszego planu podróży będziemy brać samochody nieosobowe w absolutnej konieczności. Czekaliśmy na poboczu całe 16 i pół minuty. Nastąpiła więc absolutna konieczność...
Mimo wszelkich zalet Chrisa jako faceta i partnera w podróży, realnie trzeba przyznać, że nawet i On nie jest idealny ;-) I mógłby trochę popracować nad cierpliwością i konsekwencją. Ja np. ćwiczyłam ponad rok na iPlusie ze słabym łączem. Polecam.
Szybko wybadaliśmy więc, że nasz kierowca, ku radości wszystkich, wiezie – węgiel. Przypadkiem również okazało się, iż trasa, która nas czekała, była najbardziej krętą, najbardziej niebezpieczną, wysoką i rozkopaną drogą, jaka mogła nas spotkać podczas podróży. Było to oczywiście bezpośrednią przyczyną tego, że poruszaliśmy się ze średnią prędkością 15 km/h. Podróż jednak przebiegała dość ekscytująco, gdyż Chris od trzeciej minuty ‘jechania’ okrzyknięty został „kardes”-em (tr. Brat) naszego kierowcy, zmuszony był również do zapisania wszelakich numerów polskich i tureckich, jak i kont na facebooku. Gdyż często bywa tak, że autostopowicze w Turcji są dla kierowców niemałą atrakcją. Biorą od Ciebie numery telefonów i dzwonią codziennie przez kolejny miesiąc by zapytać, jak się masz ;-) Turcy znani ze swojej gościnności potrafią również być męczący, ale nierzadko zabierają wygłodniałych wędrowców na małe co-nieco i na turecką mini-herbatkę ;-)
Ze względu na powalającą prędkość z jaką się przemieszczaliśmy, szybko było jasne, że nie dotrzemy dziś do Antalyi zahaczając po drodze o Alanye. Dzień wcześniej zmienialiśmy plan podróży, zostając dłużej w Kizkalesi, więc odmówiliśmy hosta w Alanyi. W tej sytuacji bez dachu nad głową zaczęliśmy więc planować przetrwanie nocy na plaży. Mieliśmy zapałki, więc gdybyśmy wylądowali tam przed zmrokiem, mielibyśmy szanse na pozbieranie chrustu na ognisko. Cóż za przygoda! Niestety, gdy zaczynaliśmy serio rozważać ową ewentualność, teren nieoczekiwanie skomplikował naszą sytuację, a wysokość na jakiej biegła droga wręcz uniemożliwiła dotarcie do plaży. Sytuacja trudna, ale nie nierozwiązywalna. Zawsze można załatwić hosta w godzinę ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz